Menu Content/Inhalt
Home arrow Relacje arrow Triglav w maju
Triglav w maju Drukuj Poleć znajomemu
Jak co roku zbliżała się majówka i należało się zastanowić, dokąd pojechać tym razem… Prognozy pogody dotyczące Polski nie były zbyt optymistyczne, więc zaczęliśmy się zastanawiać nad innym kierunkiem. Może wspinaczka w Hollentalu, a może spróbować wejść na Grossglocknera lub Triglav?
Prognoza pozytywnie wyglądała tylko dla tego ostatniego. Zresztą gdyby i tu nie wypaliło zawsze moglibyśmy podskoczyć 100 km dalej i posiedzieć nad morzem…
Przed wyjazdem spróbowaliśmy poszukać w necie jakiś relacji z wejść zimowych gdyż aktualne informacje meteorologiczne mówiły o 4 metrowym śniegu i kilku stopniach poniżej zera…
Niestety nic ciekawego nie znaleźliśmy. Jedno wejście listopadowe, parę zdjęć, które mogły nam dać jedynie ogólnikową informację na temat ewentualnych warunków na grani… Mimo to postanowiliśmy spróbować. Zapakowaliśmy cały szpej i ruszyliśmy w kierunku Słowenii.
30 kwietnia wieczorem przyjechaliśmy do Mojstrany. Wioska cicha i spokojna - jedynie w okolicy marketu spotkaliśmy kilka osób. Jak się okazało tu był jedyny bankomat, a na zapleczu marketu czynna knajpa…
Nie padało, ale chmury gęsto przykrywały szczyty gór… Wcześniejsza kilkudniowa prognoza mówiła o zdecydowanych rozpogodzeniach i pięknym słońcu aż do soboty, co powinno wystarczyć na spokojne wejście i zejście. Z tego jednak, co obserwowaliśmy 1-Maj nie zapowiadał się dobrze.
Zgodnie z informacjami znalezionymi w necie zimowe wejścia rozpoczyna się od doliny Krma. Na końcu kilkukilometrowej szutrowej drogi usytuowany jest niewielki „parking”. Jadąc do niego trzeba uważać, gdyż w wielu miejscach drogę żłobią głębokie rowy zapadliskowe. Pomimo szarugi udało nam się nic nie urwać w samochodzie i bezpiecznie dojechać do końca.
Wokół nie było żywego ducha, więc spokojnie rozstawiliśmy namiot i po skromnej kolacji poszliśmy spać.

1 maj
Budzik nastawiony na 5:30 skutecznie podrywa nas ze śpiworów. Już mamy zacząć się zbierać, gdy zaczyna intensywnie padać deszcz. Szybko wskakujemy z powrotem do śpiworów…
Po godzinie deszcz słabnie - wstajemy by przygotować jakieś śniadanie… Niestety nie udaje nam się nawet ugotować herbaty, bo znów zaczyna lać… Deszczowe chmury wiszą nisko. Okoliczne szczyty spowite gęstą szarą mgłą, zza której raz za razem uderza ulewa… W przerwie pomiędzy kolejnymi atakami deszczu zwijamy, więc obozowisko i chowamy się do samochodu. Skoro leje spróbujemy spenetrować okolicę samochodem. Wracamy do Mojstrany, a stąd wjeżdżamy w dolinę Vrata wiodącą pod północną ścianę Triglava… Mijamy po drodze wodospad Perićnik i docieramy do schroniska Aljazev Dom.  Na chwilę siła deszczu słabnie, więc idziemy zasięgnąć języka, co do dalszych prognoz.
Pani w bufecie zapewnia, że zna angielski jednak na pytanie o „weather forecast” rzuca:
„For 2 people?” Tłumaczymy, że nie o nocleg chodzi, więc po dłuższej dyskusji na migi sugeruje, iż poprawy nie będzie… Robimy, więc objazdówkę samochodem po okolicy. W deszczu zwiedzamy Kranjską Gorę, włoskie Tarvisio i Lago Fusine… Gdy wreszcie wieczorem wracamy na „nasz” parking w dolinie Krma, przestaje padać.  W oddali widać jakąś przełęcz wciętą między wysokie szczyty – pewnie to nasz cel – Konskie Sedlo…
Niebo się przeciera… Wracamy do namiotu z nadzieją na lepsze jutro, nastawiamy jak zwykle budzik na 5:30 i wsłuchani w szum drzew zasypiamy nie niepokojeni przez nikogo.

2 maj
Budzik wyrywa nas z głębokiego snu. Nasłuchujemy deszczu, ale tym razem jest cisza. Po chwili przerywa ją nadjeżdżający samochód, a za nim kolejny i jeszcze jeden, i jeszcze… Po pół godzinie parking jest pełny. Teraz rzeczywiście widać, że Triglav to narodowa góra Słoweńców, a 1 i 2 maja jest u nich tak samo świętowane jak u nas…
Nad nami błękitne niebo wiec szybko zwijamy biwak, pakujemy plecaki i ruszamy w górę..
Na początek musimy dotrzeć do przełęczy Konjski Preval i szałasu pasterskiego tuż pod nią.
Kilkadziesiąt metrów od parkingu mijamy niezamieszkałe zabudowania jakiegoś domu – „od biedy dałoby się tu nawet wyspać” – taka myśl przelatuje przez głowę…
Pniemy się dalej ścieżką przez buczynowy lasek, który pomału ustępuje miejsca zaśnieżonej kosówce.
Tempo mamy nie najlepsze - obok nas żwawo pomykają grupy staruszków i staruszek … Większość targa na plecach narty - że też im się chce to dźwigać.
Na końcu doliny widać przełęcz, ale jak się niebawem okaże to nie tam zmierzamy. Przedeptany w śniegu szlak wykręca w prawo. Gdzieś tu powinna pojawić się Pasterska Koća. Idzie się coraz trudniej - śnieg jest coraz bardziej miękki - raz za razem zapadamy się po kolana.
Wreszcie po 3 godzinach od wyjścia z parkingu docieramy do „pierwszego” celu. Kto by uwierzył, że latem idzie się tu godzinę?
Przed nami w górze Konjski Preval, a tuż obok niewielki drewniany domek. Zgodnie z informacjami znalezionymi w internecie chata powinna być otwarta i „stwarzać możliwość noclegu”. Niestety okna i drzwi zabite na głucho. Spanie na werandzie pełnej śniegu chyba nie byłoby najlepszym rozwiązaniem. Dobrze, że wieczorem nie zdecydowaliśmy się na wyjście, bo byśmy się srodze rozczarowali.
Odpoczywamy podziwiając widoki na północne ściany sąsiednich szczytów. Jest bardzo gorąco. Praktycznie nie ma wiatru. Słońce niemiłosiernie pali twarz. Nie ma, na co czekać – z każdą chwilą będzie gorzej. Na niebie majestatycznie suną cumulusy – ciekawe jak to się dzieje, że akurat nad nami ani przez chwilę nie zasłaniają słońca?
Podnosimy nasze ciężkie plecaki i ruszamy w górę. Droga znów nas zaskakuje - zamiast prosto na przełęcz skręca gdzieś w prawo między kosówkę i zakosami pnie się w górę…
Człapiemy w rozmokłym śniegu i rozpływamy się z gorąca… Żeby, chociaż odrobina cienia, chociaż lekki powiew wiatru. Może tam wyżej, na tamtym wzniesieniu będzie lepiej… Niestety po raz kolejny okazuje się, że nasze nadzieje były daremne. Wreszcie wychodzimy na górę, a przed oczami wyłania się słynny kocioł Kalwarija. To nic, że gorąco – jeszcze tylko dojdziemy do wystających ze śniegu skałek, a potem już prosto do góry – tam gdzie za załomem ma być schronisko.
Wreszcie jesteśmy. Siadamy, zjadamy ostatniego batona i popijamy resztką wody – przecież już niedaleko. Rączo ruszamy w górę, ale cóż to…?
Miękki śnieg z każdym krokiem zapada się i obsuwa … Co chwilę wpadamy po uda do rozmiękłej breji. Czasem przez dłuższą chwilę nie możemy ruszyć z miejsca, bo zamiast wejść wyżej zjeżdżamy 2-3 kroki w dół. Teraz staje się zupełnie jasne, dlaczego wszyscy targają ze sobą narty. Podczas gdy my walczymy o każdy metr inni gładko pomykają zakosami pod górę.
Mija kolejna godzina - wiemy już, dlaczego kocioł nazywa się Kalwarija. Spiekota jest niemiłosierna. Plastikowe klamerki plecaka parzą, a skórzany pasek aparatu fotograficznego śmierdzi jakby był podsmażany. Chmury jak na złość nas omijają, więc nie możemy liczyć nawet na odrobinę cienia. Wydaje się jakby wokół w ogóle nie było powietrza – czegoś takiego nie przeżyliśmy nawet na  4000 m. n.p.m.
Mija 3 godzina walki w kotle, a kresu ciągle nie widać.  Latem już dawno bylibyśmy na górze - nie przy schronisku, ale na szczycie. Teraz już nie myślimy, o której dotrzemy do Triglavskiego Domu na Kredarici… Walka z rozmiękłą breją pochłania wszystkie nasze myśli... Z meteorologicznych informacji wynikało, że na Triglavie jest 4,5 metra śniegu – teraz te 4,5 metra zapada się pod nami z każdym kolejnym krokiem…
W końcu wychodzimy na bardziej połogi teren. Stąd już tylko godzina marszu …
Jest 16:00 gdy wtaczamy się do schroniskowej jadalni… Od naszego wyjścia z dołu minęło 9 godzin. Wykończeni i przemoczeni prosimy o dwa piwa Laśko i chociaż puszka kosztuje 5 EURo smakuje jak nigdy wcześniej…
Co prawda schronisko jest nieczynne, ale jego część wynajmują turystom meteorolodzy siedzący tu przez cały rok. U nich można dostać herbatę, piwo czy zamówić śniadanie…
Dostajemy najtańsze miejsce - w zbiorówce… Dobrze, że nie wzięliśmy droższego – zbiorówka okazuje się być pokojem 4 osobowym, w którym śpimy tylko my.
W schronisku jest kilkanaście osób. Większość turystów zeszła z powrotem. Pozostali chyba tylko ci, którzy tj. my planują rano wejść na szczyt.
Towarzystwo jest międzynarodowe - kilku Słoweńców, Niemców i Włochów…
Zapada zmierzch i robi się zimno…
Spaleni słońcem dopiero po chwil zaczynamy odczuwać, że schronisko jest nieogrzewane… Nie ma także wody – wszystkie krany są zablokowane. Miło, że chociaż toalety są otwarte…
Śnieg sięga do pierwszego piętra. Dobrze się składa, bo nie musimy wychodzić na zewnątrz, żeby go nazbierać do menażki - wystarczy wychylić się przez okno. Przy okazji mamy też idealny widok na naszą jutrzejszą drogę - podejście na Mały Triglav.
Już na pierwszy rzut oka nie wygląda to dobrze… Wąska ścieżka podchodzi pod ścianę, chwilę wije się między skałami i… znika tak jakby nikt dalej nie szedł. Dokładniejsza lustracja nie pozostawia wątpliwości. Skała jest oblodzona, a tam gdzie powinny być ubezpieczenia nie wystaje żaden metalowy pręt czy choćby fragment poręczówki.  Mamy trochę szpeju ze sobą – jakieś karabinki, taśmy, a nawet śruby lodowe. Jesteśmy przygotowani do asekuracji z liną, ale nie bardzo widzę, gdzie by tu założyć jakieś punkty asekuracyjne czy stanowisko…
Takie dylematy chyba mają wszyscy - przed schroniskiem, co chwila ktoś staje i przygląda się ścianie…
Po dłuższych dyskusjach postanawiamy niestety zrezygnować z wejścia na szczyt uznając je w tej sytuacji za zbyt niebezpieczne…
Pomimo chłodu w pokoju zasypiamy wymęczeni całodzienną walką.

***
Tradycyjnie o 5:30 rozlega się alarm budzika. Wstajemy niechętnie wygrzebując się z ciepłych śpiworów. W schronisku tętni już życie, a z jadalni roznosi się zapach śniadania…
Pakujemy graty i szykujemy sobie coś do jedzenia. Triglav wygląda tak pięknie, że pojawiają się wątpliwości, co do wczorajszej decyzji. Może jeszcze zmienić zdanie?
Tymczasem przed budynkiem zaczyna się ruch… Wychodzą dwa 2 osobowe zespoły włoskie i jedna para Słoweńców… Włosi wyglądają na „zawodowców”, a sposób, w jaki szykują się do wyjścia pozwala sądzić, że faktycznie nie są nowicjuszami… Po chwili wszyscy są już na ścieżce podejściowej pod ścianę. Za nimi wyrusza jeszcze jeden zespół Słoweńców.
Początkowo stromo po śniegu jeszcze jakoś im idzie, ale gdy tylko ściana się „stawia” zaczynają się kłopoty. Z daleka widać, że jest problem z asekuracją. Mija kilkadziesiąt minut, a wspinacze nadal stoją w tym samym miejscu. Słoweńcy wracają, ale Włosi próbują iść dalej. Prowadzącemu udaje się nawet zrobić kawałek trawersu, ale kolejne pół godziny mija mu na staniu w tym samym miejscu. Powracający Słoweńcy kręcą głowami i gorączkowo dyskutują z kilkuosobową grupką obserwującą ich zmagania sprzed schroniska.
Kończymy śniadanie, pakujemy się i wychodzimy. Sytuacja na ścianie nie ulega zmianie, co zdecydowanie przekonuje nas o słuszności decyzji. Jeszcze kilka fot i zaczynamy schodzić na dół. Zamarznięty śnieg nie przedstawia specjalnych trudności przy schodzeniu, chociaż dopiero teraz ze zdziwieniem zauważamy jak stromy jest kocioł Kalwarija. Musimy uważać, żeby się nie poślizgnąć i nie zjechać niekontrolowanie na jego dno… 
Błyskawicznie schodzimy na dół - to, co wczoraj zajęło nam 3 godziny dzisiaj robimy w niecałą godzinę. Jeszcze kilka spojrzeń do tyłu na Triglav…
Włochów już nie ma na ścianie – pewnie wrócili, bo nie widać ich także powyżej…
Spotykamy pierwszych podchodzących – Ci wyszli z doliny o 3 w nocy tak by po około 4 godzinach dotrzeć do kotła…
Słońce znów zaczyna przygrzewać, a śnieg robi się miękki - tym razem nam to już nie przeszkadza - właśnie docieramy do Pasterskiej Koćy…
Tu spotykamy niezły tłumek turystów, a wśród nich także kilka 10-12 letnich dziewczynek maszerujących dzielnie razem z rodzicami… Współczujemy im mając w pamięci naszą wczorajszą mordęgę…
Po drodze gubimy drogę i zapędzamy się na szlak, którym zjeżdżają narciarze. Kończy się to zapadnięciem się po pas w śniegu…
Wreszcie jesteśmy na dole. Wejście do góry zajęło nam 9 godzin - droga powrotna tylko 3…
Przebieramy się w suche ciuchy, wsiadamy do samochodu i ruszamy nad morze – trzeba przecież gdzieś wreszcie solidnie odpocząć w to majowe święto…
Więcej zdjęć na stronie autor: http://www.pbase.com/adrozd/triglav
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »

Alpy Julijskie

040_m._triglav_[1].jpg

Ulubione

 
 

Tag Cloud

alp bohinj dom planika glava kamera kredarica mapy mojstrana nocleg pogoda rudno polje schr trigla triglav triglavski
designed by www.madeyourweb.com | joomla templates