Menu Content/Inhalt
Home arrow Relacje arrow Niezdobyty Triglav, zdobyte Alpy Julijskie
Niezdobyty Triglav, zdobyte Alpy Julijskie Drukuj Poleć znajomemu
Weekend majowy roku 2008 rozpoczęła niewyspana noc w samochodzie. Przejazd przez pół Polski, Czechy, Austrię i grupa 4 młodych ludzi (absolwent AWF-u, absolwentka biologii, student informatyki i student prawa) ląduje w byłej Jugosławii. Byłej to dobre słowo, bo obecnie Słowenia o której mowa znajduje się w strefie Euro i jest najbardziej rozwiniętym krajem w regionie. Słowenia to malutki kraj, często mylony ze Słowacją - dla porównania wyspa Islandia jest ponad 5 razy większa. Republika Słowenii ogłosiła niepodległość w 1991 r. oddzielając się od byłego państwa jugosłowiańskiego. Tradycyjnie utrzymuje bliższe kontakty z Austrią i Włochami, aniżeli z bałkańskimi sąsiadami. W latach 90-tych nie doświadczyła, jak inne republiki byłej Jugosławii, poważnych konfliktów etnicznych, chociaż przyjęła pewną liczbę uchodźców. Podróż minęła szybko (oczywiście jak się jest pasażerem), czego nie mogą potwierdzić kierowcy.

 Na miejscu przywitał nas deszcz i szczerze mówiąc nie zanosiło się na poprawę pogody. Wierzyliśmy jednak, że po przejechaniu 1000 km będzie nam dane zaznać obecności przyjaciela górskiego - słońca. Po przepakowaniu i czekaniu na poprawę pogody wyruszamy na szlak, tradycyjnie objuczeni ciężkim plecakiem, jedzeniem, sprzętem i namiotem. Za każdym razem człowiek się zastanawia w takim momencie nad dwiema rzeczami - czy czegoś nie zapomniał zabrać i czy czegoś nie zapomniał zostawić w domu... Czasami miałem wrażenie, że pasy plecaka chcą się wtopić w moje grzbietowe mięśnie. Celem jest Triglav - najwyższy szczyt Słowenii, zdobyty po raz pierwszy w roku 1778, o wysokości 2864 m.n.p.m. Ta wapienna góra to miłość i źródło inspiracji Słoweńców od ponad tysiąca lat. Obecnie Triglav zdobi flagę i oficjalną pieczęć państwową. Cały czas szlak idzie w górę, wąską ścieżyną ukrytą pod pożółkłymi liśćmi,dlatego krajobraz był wyjątkowo jesienny pomimo miesiąca maja. Pierwszy postój w deszczu. Wymieniamy spojrzenia, to taki rodzaj wybadania, co myślą pozostali towarzysze eskapady - w górę, czy w dół? Idziemy w górę, w milczeniu, słysząc tylko kołatanie własnego serca i krople grubego, ciepłego deszczu odbijające się od naszych kolorowych kurtek. Drugi postój w deszczu. Zaczynają się skałki z kawałkami żelastwa, więc mamy czas odpoczynku dla naszych pleców. Razem z Arkiem, pozostawiamy nasze plecaki i dwóch współtowarzyszy i idziemy zrobić rekonesans okolicy - tzn. stromo do góry. Szlaki w Alpach Julijskich oznaczone są białym kółkiem z czerwoną wódką... tzn. obwódką. Gdy doszliśmy do pierwszego śniegu, trudno było dostrzec charakterystyczne znaczki. Po rekonesansie schodzimy w dół do plecaków. Trzeci postój - w jeszcze większym deszczu. Chwile napięcia co dalej, jesteśmy trochę przemoknięci. Jednak główny problem tkwi w banalnej sprawie, nie ma naprawdę ani odrobiny płaskiego miejsca, gdzie możnaby rozbić namiot. Nie wiedzieliśmy jak długo trzeba iść do góry, aby znaleźć jakieś małe plateau. Zapadła decyzja o zejściu w dół. Nawet nie wiem kto ją podjął, w końcu jesteśmy zespołem. Pokonani przez pogodę, schodzimy w dół do schroniska Dom Aljażewa, aby się wysuszyć. Wkrótce okaże się jednak, iż zabawimy tam troszkę dłużej, bo aż trzy noce. Przemoczeni, natychmiast podnosimy poziom wilgotności w pustej jadalni. Rozwieszamy mokre ciuchy, plecaki, rozwieszamy wszystko, parafrazując słynnego kandydata na prezydenta Białego Stoku. Porozumiewając się po niemiecku i angielsku, prosimy o najtańsze pokoje z dwóch powodów - mamy własne śpiwory i jesteśmy studentami i ex-studentami. Dostajemy klucze do ciepłej i przytulnej sali na strychu schroniska. Niewyspani po całonocnej podróży zasypiamy natychmiast. Arek opowiadał nawet historię polskiego alpinisty, który w Himalajach stracił wszystkie palce u nóg. Gdy chcieliśmy się dowiedzieć jak nazywał się ten Polak, Arek smacznie już chrapał.
 Rankiem następnego dnia, bardzo szybko przypomina mi się piosenka "Budzikom śmierć" - oczywiście tym komórkowym. Kto chciałby opuszczać ciepły śpiwór w chłodny poranek? No może nie każdemu było ciepło - byliśmy tak zmęczeni poprzedniego dnia, że Robert zapomniał, a może nie zdążył, przed snem przykryć się śpiworem. Niesamowitego odkrycia doznałem rano w toalecie. Wyjrzałem przez małe okno i dojrzałem to, co w języku branżowym turystów górskich nazywa się lampą. Niebieskie niebo, żadnej chmury i mocno świecące słońce. Po śniadaniu, tym razem nie wyglądając jak wielbłądy, wyruszamy na szlak, ponownie wspinać się na Triglav. Profilaktycznie, na dnie plecaków lądują śpiwory i ciepłe ciuchy na wypadek awaryjnego noclegu. Drugi raz idziemy tą samą ścieżką, jednak ciepłe dotyki przyjaciela słońca każą nam zapomnieć o wczorajszym deszczu. Nasze schronisko znajduje się w dolinie otoczonej z trzech stron górami, można powiedzieć, że prawie jak Morskie Oko, jednak "prawie" robi tu znaczącą różnicę. Po przeciwległej stronie gór, nieustannie słyszymy schodzące lawiny, w częstotliwościach kilkuminutowych, co nie wróży dobrze naszej wyznaczonej trasie. Szybko osiągamy górną granicę lasu i rozległym, długim żlebem pniemy się w górę po zlodowaciałym śniegu, asekurując się na razie tylko czekanami. Dźwięk raków wbijanych w śniego-lód tworzy ciekawą ścieżkę dźwiękową naszej "wyprawy". Wprawdzie zimą chodziłem po niższych polskich górach w raczkach na śródstopie, to jednak teraz przechodziłem prawdziwy chrzest bojowy z rakami i czekanem. Wejście na malutką przełęcz otwiera nam przepyszny widok na kolejne doliny oraz nasz cel, który wydaje się być daleki i niedostępny. Dostrzegamy nawisy śnieżne, co potwierdzałoby ostrzeżenia jednego jednego Węgra w schronisku, że w okolicach szczytu, na spotkanie wspinaczy czeka 4-metrowa warstwa śniegu. Idziemy dalej, dokąd góra nam pozwoli. Rozpoczynają się ferraty, w przeważającej części niedostępne, gdyż przysypane śniegiem. Wąską ścieżką zawieszoną nad przepaścią dochodzimy do małego, ale bardzo stromego żlebu. Po jego pokonaniu czeka na nas przeczołganie się na brzuchu między okapem skalnym a wielką bryłą śniegu, którą niebezpiecznie było pokonywać z boku. Nie było to łatwe zadanie na stromym stoku. Cały czas po naszej prawej stronie majaczą inne szczyty Alp Julijskich. Zajęci pokonywaniem kolejnych trudności, uświadamiamy sobie, że nie widzimy szlaku. I nie zobaczyliśmy go już więcej tego dnia. Krucha pionowa skała, nieudany rekonesans w poszukiwaniu szlaku, nieznajomość terenu składają się na decyzję o powrocie. Na domiar złego pojawiły się ciemne chmury i gdzieś w oddali dochodziły nas pomruki burzy. Żadna książka, żaden podręcznik nie opisze sytuacji, kiedy iść, kiedy wracać w dół. Nie ważne czy jesteśmy na stromych zboczach Alp Julijskich, łagodnych wzniesieniach Beskidu Żywieckiego w burzowy dzień, czy we mgle na naszej tatrzańskiej Kopie Kondrackiej. Rozsądek to przyjaciel człowieka, którego należy dobrze wysłuchać przed podjęciem decyzji w każdych górach na kuli ziemskiej. Schodzimy pokonani, ale szczęśliwi, bo góra niezdobyta to nie góra pechowa, ale taka na którą ponownie można się wspinać. W drodze powrotnej zabezpieczamy się liną. Aby uniknąć czołgania się pod okapem skalnym, Arek zakłada stanowisko zjazdowe i po kolei opuszcza nas kilkanaście metrów w dół do stromego żlebu, który pokonujemy z lewej na prawą stronę. Niesamowita frajda. Pomimo pewnej monotonii - półka, skała, śnieg, skała, śnieg ubarwiamy naszą przygodę górską. Po zejściu z najbardziej stromej części wielkiego żlebu i schowaniu liny do plecaka, rozpoczynamy coś co w słowotwórstwie nazywa się dupo-zjazd. Jest to niesamowita przygoda, jeśli nie stwarzamy zagrożenia wywołania lawiny. Ostrzegam tylko lojalnie - można zgubić raki z buta, a także stracić kontrolę - kiedy człowieka obraca się głową w dół raz na brzuchu raz na plecach, naprawdę myśli się tylko o tym jak zahamować - co miało miejsce następnego dnia w innej części gór. Raki na szczęście znalazłem, nie wpadłem także na skałę i drzewo. Żyję.
 Następnego dnia postanowiliśmy wejść na szczyt o nazwie Stenar - 2501 m.n.p.m. odpowiadający wysokości naszym polskich Rysów. Szlakiem dla skitour-owców po mozolnym, ponad godzinnym podejściu, osiągamy widokową przełęcz, z której widać włoskie i austriackie szczyty. Przed wejściem na przełęcz widzieliśmy spadającą ze skał małą lawinkę, która zatrzymała się metr od naszego szlaku. Nie zrobiłaby nam krzywdy, ale i tak trzask i huk spadającego śniegu robi niesamowite wrażenie. Na przełęczy spotykamy Słoweńca, który czeka na swoją "crazy girl", jak ją nazwał jak pojawiła się w towarzystwie dwóch, obcych mężczyzn. Po stromym, całkowicie ośnieżonym zboczu zdobywamy kolejne metry i miejsca widokowe. Wejście na szczyt nie sprawia żadnych trudności technicznych. Jeden z nas przytomnie zauważa pęknięcia na śniegu, co może świadczyć tylko o tym, że w pobliżu jest olbrzymi nawis śnieżny. Słońce daje o sobie znać - nie uniknąłem poparzeń słonecznych na twarzy mimo kremu z filtrem 35. Było gorąco jak na zawiasach u bram piekieł jak napisał Kurt Vonnegut w książce "Galapagos". Słońce "oślepiło" także Roberta, co spowodowało, iż przez przypadek skasował dotychczasowe zrobione zdjęcia - aby było ich ponad 200. Na szczęście po powrocie odzyskał część zdjęć dzięki specjalnemu programowi. Pstrykamy mnóstwo fotek szczytu, okolic, nas samych. Mamy flagę Unii Europejskiej, trochę szkoda, że nie polskiej, bo akurat był wtedy 3 maj...Po zejściu z przełęczy, słońce nadal mocno operuje na szlaku. Śnieg zrobił się nieprzyjemny, "kopiemy się" w nim nieustannie. Po wpadnięciu do potoku, nasze buty byłyby chyba bardziej suche, niż po przejściu tych śnieżnych szlaków. Ostatnie spojrzenia na góry i lądujemy w schronisku. Przy miejscowym piwie Lasko Zlatorog dzielimy się wrażeniami z naszego pobytu z innymi turystami, także Polakami (pozdrawiamy kolegów z Krakowa). Jest późna pora, więc musimy zrezygnować z planów pojechania nad kemping nad Adriatykiem. Następnego poranka czas pakowania, żegnania się z obsługą schroniska - bardzo nam życzliwą. Dla przykładu- za trzy noce, przy naprawdę dobrych warunkach noclegowych zapłaciliśmy 5 euro od osoby! Dla mnie to był najlepszy weekend majowy w życiu, a Triglav i tak kiedyś jeszcze zdobędziemy. W drodze powrotnej przejeżdżamy obok stadionu w Klagenfurcie, gdzie już były napisy w języku polskim, chorwackim i niemieckim. Szkoda, że w momencie pisania tego tekstu Polaków nie ma już na Euro 2008.
Uczestnicy: Arek , Ania , Robert , Tomek Koszty: Paliwo - 578 zł, winiety 70 zł, tunel w Austrii 23 zł, łącznie na osobę 167 zł + 5 euro na osobę za 3 noce + własne jedzenie i picie. Przewodniki i mapy: Piotr Nowicki "Alpy Julijskie", Jacek Płonczyński "Perciami Alp Julijskich. Słowenia - Włochy", szeroka gama map dostępna jest w schroniskach.

Tomasz Wójt

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »

Alpy Julijskie

146_pd._sciana_triglava_[1].jpg

Ulubione

 
 

Tag Cloud

alp bohinj dom planika glava kamera kredarica mapy mojstrana nocleg pogoda rudno polje schr trigla triglav triglavski
designed by www.madeyourweb.com | joomla templates