Menu Content/Inhalt
Home arrow Relacje arrow Marmolada znaczy błyszcząca.
Marmolada znaczy błyszcząca. Drukuj Poleć znajomemu
Na Marmoladę wybierałem się z moim przyjacielem Piotrem już w ubiegłym roku. Kilka wolnych dni udało nam się wygospodarować dopiero pod koniec września. Niestety dzień przed wyjazdem intensywne opady śniegu zmusiły nas do zmiany planów. Wylądowaliśmy w Tatrach Słowackich, gdzie też czekała na nas zima, ale w tych górach czujemy się jak u siebie w domu i co by nie mówić, Tatry są jednak ciut, ciut niższe. Pomysł z wyjazdem w Dolomity musieliśmy przełożyć.
W tym roku ustaliliśmy, że nie damy się zaskoczyć zimie i wyjedziemy wcześniej, trochę wcześniej. 10 września, w pięcioosobowym  składzie: Artur, Krzysiek, Leszek, Piotrek i ja, przez Słowację i Austrię docieramy do Włoch. Pięciu facetów w tym najlepszym dla mężczyzny okresie, w którym wciąż jest na tyle młody, żeby mieć szalone pomysły i jeszcze na dodatek go na nie stać.
Marmolada to nie tylko najwyższy szczyt Dolomitów, ale również najbardziej znana i podziwiana góra tego regionu. Niezwykłość tego szczytu wynika zapewne z kontrastu pomiędzy tak rzadko spotykanym w Dolomitach lodem a pionowymi, gładkimi urwiskami skał. Oglądając ten wspaniały, rozległy i potężny masyw dosłownie czujemy potęgę gór. Nazwa pochodzi z języka ladyńskiego, w którym oznacza "błyszcząca", co związane jest z leżącym na północnej flance szczytu lodowcem Ghiacciaio della Marmolada. Grań Marmolady składa się z kilku szczytów. Są to kolejno od zachodu na wschód: Punta Penia (3343 m n.p.m.), Punta Rocca (3309 m n.p.m.), Punta Ombretta (3230 m n.p.m.), Monte Serauta (3069 m n.p.m.), Pizzo Serauta (3035 m n.p.m.).
Próby zdobycia tej góry sięgają początków XIX wieku. Przez długi czas starano się pokonać ją drogą przez lodowiec. Pierwszy zapis historyczny pochodzi z 1802 roku i opisuje próbę podjętą przez: miejscowego duchownego, lekarza i sędziego. Atak zakończył się niestety tragicznie, w szczelinie zginął jeden z uczestników. Pierwszego wejścia na najwyższy wierzchołek  Marmolady – Punta Penia dokonał w 1864 r. Paul Grohman w towarzystwie przewodników z Cortiny, braci Dimai. Obecnie na szczyt prowadzą dwie turystyczne drogi - wymagająca sprzętu (raki, lina, czekan)  i pewnego doświadczenia wspomniana już trasa przez lodowiec i najczęściej wybierana via ferrata  Cresta Ovest, poprowadzona granią zachodnią z przełęczy Forcella Marmolada. Któraś z tych dróg zaprowadzi nas niebawem na szczyt.

Nad  sztuczne jezioro Lago di Fedaia dojeżdżamy o 17, piętnaście minut po zamknięciu wyciągu na Pian dei Fiacconi (2626 m n.p.m.). Pomysł, że spędzimy noc w schronisku o tej samej nazwie upada i zmuszeni jesteśmy poszukać czegoś innego. W pobliżu samej kolejki jak i po drugiej stronie zapory cena ok. 40 euro od osoby troszkę odstrasza. Postanawiamy cofnąć się w kierunku Malga Cialpella, na początek przełęczy. W znajdującym się tam schronisku Passo Fedaia (2055 m n.p.m.) udaje nam się „wytargować” 25 euro za nocleg ze śniadaniem, ale bez pościeli co nie stanowi jakiegoś problemu, bo wszyscy mamy śpiwory. Nasze 2 pokoje okazują się całkiem przytulne, ale jeszcze przytulniej jest w barze na dole, gdzie zjawiamy się zaraz po rozpakowaniu. Lampką białego i czerwonego wina wznosimy toast za powodzenie jutrzejszej eskapady. Decyzję o tym, czy na Marmoladę idziemy granią zachodnią, czy też przez lodowiec, odkładamy do jutra. Prognoza na najbliższe dni jest dobra, ale pogoda się zmienia. Zaczyna padać deszcz i nie mamy pewności jak to wszystko jutro będzie wyglądać. Wieczorkiem w pokojach jeszcze sprawdzamy sprzęt, pakujemy do plecaków niezbędne minimum i … do spania.
Płomienie wschodzącego słońca na skałach Marmolady oczywiście przespałem. Po myciu wychodzimy przed schronisko, żeby zobaczyć jak wczorajszy deszcz, który niewiele powyżej zmienił się w śnieg, przyprószył okoliczne szczyty. Na całe szczęście chmury dość szybko się przemieszczają i jest szansa, że się jednak wypogodzi. Co nie zmienia faktu, że może być ślisko. Na pysznym śniadanku zjawiamy się punktualnie o ósmej, chcemy wjechać kolejką zaraz po otwarciu czyli ok. godziny 9-ej. Pod wyciągiem meldujemy się nawet wcześniej, ale musimy czekać na otwarcie kasy. Bilet w dwie strony kosztuje 8 euro. Dla nas ważne jest, że ostatnia kolejka odchodzi za piętnaście piąta. Byłoby dobrze zdążyć, bo dodatkowa godzina schodzenia wzdłuż trasy wyciągu nikomu się nie uśmiecha. Przed nami są dwie grupy Niemców z przewodnikami, w sumie 9 osób. Punktualnie o dziewiątej ruszamy do góry. Raz piszę wyciąg, raz kolejka, bo nie bardzo mogę się zdecydować. To czym wyjeżdżamy przypomina wyciąg krzesełkowy, ale zamiast krzesełek są metalowe kosze, w których jedzie się na stojąco, pojedynczo lub w dwie osoby. Tą lokalną atrakcją 600 metrów przewyższenia pokonujemy w kilkanaście minut.
Z wyciągu podchodzimy w lewo w kierunku schroniska. Wciąż nie możemy się zdecydować którą drogą idziemy. W przewodniku Tkaczyka trasa przez lodowiec opisana jest jako droga alpinistyczna, trudności lodowe PD (niewielkie trudności skalne, konieczna pewność kroków, fragmenty wspinaczkowe bezproblemowe, wąskie granie), skala II UIAA (mało strome zbocza, krótkie fragmenty w stromszym terenie, mało szczelin).  Natomiast o drodze granią zachodnią autor jednego z najbardziej znanych przewodników po Dolomitach pisze, że wymagania techniczne są niewielkie i doświadczony turysta wysokogórski poradzi sobie bez problemów, o ile prawidłowo oceni warunki pogodowe. Jeżeli chodzi o doświadczenie to największe mamy z Piotrem i Arturem - wspólne wyjazdy między innymi w góry Atlas w Maroku, Julijki na Słowenii czy Tatry, gdzie  „schodzone” mamy praktycznie wszystkie szlaki turystyczne zarówno po polskiej jak i słowackiej stronie. O wyjazdach Piotra na Kilimandżaro i w Himalaje nie wspominam. Jeżeli chodzi o sprzęt, to oczywiście wszyscy mamy kaski, uprzęże i kije trekingowe, ale czekany mamy trzy, a raki mam tylko ja i Piotrek. Przez cały czas nie mam przekonania, czy nie najlepszym dla nas rozwiązaniem byłaby via ferrata. Staram skoncentrować się na robieniu zdjęć, to przecież dla mnie tak samo ważne jak zdobycie szczytu. I muszę przyznać, że światełko jest dla mnie łaskawe, więc powinienem tylko przyłożyć się do kadrowania.
Grupy z przewodnikami udają się na lodowiec, więc i my powoli zmierzamy w tamtym kierunku. Dostrzegam dwie postacie, które mam wrażenie, że rozmawiają w znajomym mi języku. No tak, byłoby dziwne gdybyśmy nie spotkali kogoś z Polski.  I tak poznajemy Janusza (Vikinga) i Staszka. W górach łatwo nawiązuje się kontakty. To chyba już jedno z niewielu miejsc, gdzie zachowanie, postawa i system wartości dalekie są od tego, z czym mamy do czynienia na co dzień. I nie chodzi chyba tylko o to, że ma się tu świadomość potencjalnych niebezpieczeństw i zagrożeń. Myślę, że to piękno z jednej strony, a groza i potęga gór z drugiej, ma ten niezwykły dar wyzwalania tego, co w nas najlepsze.
Janusz okazuje się być nie tylko doświadczonym wspinaczem, ale co równie ważne doskonałym kompanem. Na dodatek to chodząca encyklopedia Dolomitów. Były ratownik górniczy od 4 lat, przyjeżdża do Włoch aby przez kilka miesięcy w roku pokonywać tutejsze szlaki turystyczne i via ferraty. Nie ma praktycznie drogi, której by nie zrobił i o której nie miałby coś do powiedzenia. Szybko też rozwiewa moje wątpliwości, czy na drodze przez lodowiec nasi koledzy dadzą sobie radę bez raków.
Zbliżamy się do miejsca, gdzie przed wejściem na lodowiec, poprzedzające nas grupy właśnie zakładają raki i uprzęże. Przewodnicy wiążą ich dość ciasno i po chwili dwa „tramwaje” ruszają do góry. Również i my po chwili kierujemy się w lewo ścieżką, w kierunku skał. Pierwszy odcinek prowadzi praktycznie po gołym lodzie i ci z nas, którzy są bez raków zaczynają mieć problemy. Jestem w tej komfortowej sytuacji, że je posiadam i zostawiając wydeptany szlak, szybko bokiem podchodzę do góry. Razem z Januszem mijamy grupy z przewodnikami i przyglądamy się jak koledzy zapoznają się z fizycznymi właściwościami tarcia, a w zasadzie jego brakiem. Od skał ścieżka kieruje się ukosem w prawo w głąb kotła do widocznych w oddali szczelin. Ten odcinek jest łatwiejszy, lód zastąpił zmrożony śnieg, po którym idzie się zdecydowanie pewniej. Zresztą nachylenie też jest niewielkie. Próbuję trzymać tempo Janusza, co powinno wydawać się proste, zważywszy, że co rusz robi zdjęcia i przez cały czas opowiada o górach. Ograniczam się do zadawania pytań i staram się regularnie oddychać.  Przed pierwszą szczeliną zatrzymujemy się. Obserwujemy, nie bez uśmiechu, jak grupa z przewodnikiem na czworaka pokonuje to miejsce. Pęknięcie lodowca nie jest specjalnie szerokie, ale tych kilkanaście metrów w głąb  powoduje, że serce bije szybciej. Dochodzi do nas Piotrek i wspólnie znajdujemy mostek, który pozwoli na bezpieczne przejście. Kilkumetrowy odcinek prowadzący wzdłuż szczeliny postanawiamy zabezpieczyć liną, żeby koledzy bez raków czuli się pewniej. Nieco dalej jest jeszcze jedna szczelina, ale na tyle wąska, że można ją bez trudu przekroczyć. Teraz ścieżka odchodzi jeszcze bardziej w prawo i kieruje się w stronę skał głównej grani Marmolady. Szkoda, że nie zbliżymy się do szczeliny brzeżnej, byłby to zapewne interesujący widok. Pod ścianą wszyscy zakładamy uprzęże i kaski. Janusz ze Staszkiem idą jako pierwsi i szybko znikają mi z oczu. Pomagam Leszkowi dopasować uprzęż i sam ruszam do przodu, żeby zrobić kilka ujęć z góry. Zostałem w rakach i po skale muszę przyznać idzie mi się wyśmienicie. Nie ma jakiejś specjalnej ekspozycji. Cały kilkudziesięciometrowy odcinek ubezpieczony jest stalową liną i przejście go nie stanowi w tych warunkach żadnego problemu. Dużo naturalnych chwytów i można by spokojnie zrezygnować z asekuracji, ale profilaktycznie idę na jednym karabinku. Bezpieczeństwo na pierwszym miejscu. Doceniam je, kiedy na całe szczęście, niewielki kamień uderza mnie w pierś. Jak widać wiele nie trzeba.
Po drodze mijam tylko jedną osobę, schodzącego samotnie mężczyznę. Oczywiście pstrykam i pstrykam. Liczę, że kilka kadrów będzie udanych. Mam nawet na ten temat swoją teorię - w górach zdecydowanie lepiej wychodzą zdjęcia robione obiektywem skierowanym w dół niż w górę. Trzeba jednak iść, bo czas ucieka nieubłagalnie. Ubezpieczenia prowadzą do łagodnego firnowego grzbietu gdzie łączą się z drogą 606, która prowadzi zachodnią granią. Myślę, że jesteśmy na wysokości ok. 3200 m n.p.m. Ostatnie 150 metrów przewyższenia to powolne dreptanie po śniegu w stronę krzyża umieszczonego w najwyższym punkcie Punta Penia.
Jestem na szczycie. Niczym nie zmącona cisza i te wszystkie uczucia, które dają intensywnie znać o sobie w takiej chwili. Jest też satysfakcja z osiągnięcia celu, ale też i z tego, że udało się kolejny raz pokonać własne słabości. Sam wierzchołek nie robi specjalnego wrażenia, żeby nie powiedzieć, że jest zupełnie nieciekawy. Płaska kopuła, z brzydkim barakiem po prawej stronie. Dopiero kiedy staje na szczycie Królowej Dolomitów i mam możliwość spojrzeć w dół, na południową ścianę, pierwsze niekorzystne wrażenie szybko mija. Prawie kilometr powietrza pode mną zaiste robi wrażenie. Widok ze szczytu rzeczywiście powala. W kierunku północnym możemy podziwiać grań Padon, a za nią płaskowyż masywu Sella, z wieńczącym go, przypominającym piramidę Piz Boe (3152 m n.p.m.), najwyższym szczytem tej grupy. Na wschodzie równie imponująco prezentuje się masyw Civetty (3220 m n.p.m.), ze swoją słynną północno-zachodnią ścianą. Od zachodu zaś nasze wzrok przykuwa przepiękna grupa Sassolungo (3181 m n.p.m.), a od południa może nie piękna, ale też interesująca Cima Ombretta (3011 m n.p.m.). Po jednej stronie grupa Brenta, a po przeciwnej Tofany. Aż po horyzont ciągną się alpejskie masywy z Wysokimi Taurami i Grossglocknerem włącznie. Jestem na szczycie, jest pięknie.
Dołącza do mnie Piotrek i po chwili Leszek. Uścisk dłoni i uśmiech. Jesteśmy na szczycie. Nie czekamy na Artura i Krzyśka, którzy robią jeszcze zdjęcia, tylko idziemy do schroniska. Na miejscu jest już Janusz. Po kilku minutach jesteśmy w komplecie. Wypijamy po szklaneczce wina, aby uczcić zdobycie Marmolady. Humory dopisują wszystkim, choć nagle zrobiło się chłodno i w koło zbierają się ciemne chmury, a szczytu już nie widać. Janusz uspakaja, że za parę minut powinno wyjść słońce i jeszcze zdążymy sobie zrobić wspólne zdjęcie na szczycie. W międzyczasie wypijamy ciepłą herbatę i zjadamy nie taki znowu skromny posiłek. Okazało się, że prawie każdy z nas zapakował coś extra. Przez cały czas towarzyszy nam stado kruczoczarnych wieszczków, które bardzo często można spotkać w Dolomitach. Faktycznie po kilkunastu minutach w chmurach robi się okienko, przez które wpadają promienie słoneczne. Idziemy wszyscy pod krzyż i robimy wspólne zdjęcia z flagę serwisu górskiego www.e-tatry.com, którą Janusz ma ze sobą. Widać wyraźnie, że pogoda się jednak zmienia. Postanawiamy schodzić tą samą drogą, żeby zdążyć na ostatnia kolejkę. Mamy za mało czasu, żeby zejść ferratą do przełęczy Forc. Marmolada. To chyba oznacza, że musimy tu jeszcze raz przyjechać.
Schodzimy dość szybko. Znów musimy założyć z Piotrem stanowisko asekuracyjne przy szczelinie, ale i tym razem nie mamy w tym miejscu żadnych kłopotów. Tuż przed końcowym odcinkiem lodowca daje Arturowi czekan, który okazuje się bardzo pomocny. Lód, który troszkę na powierzchni stopniał w ciągu dnia, teraz znów zamarza. Jest wyjątkowo ślisko. Nachylenie też robi się coraz większe i na moich oczach Artur leci na … miękką część ciała u podstawy pleców. Co gorsza, zaczyna zsuwać się w dół. Reaguje jednak szybko, obraca się na brzuch i wbija czekan. Na całe szczęście tym razem skończyło się na paru siniakach. Za nami jęzor lodowca i szczyt Marmolady teraz już cały przykryty czapą czarnych chmur. Zjeżdżając kolejką dopada nas jeszcze deszcz ze śniegiem. Na żadnym z nas nie robi to jednak wrażenia, w głowach mamy tylko to, co dziś zobaczyliśmy i czego doświadczyliśmy. Wszyscy już wiemy, że to nie będzie nasza ostatnia wizyta w Dolomitach.

PS. Na szczyt Punta Penia tego dnia weszło: 7 Niemców z 2 włoskimi przewodnikami, 4 Czechów, 1 mężczyzna nieznanego pochodzenia, 9 Polaków i Włoch z dziewczyną, która oczywiście też była Polką.

Zdjęcia na www.lightroom.one.pl .
Podziękowania i pozdrowienia dla Vikinga!
Darek Gwóźdź
Kraków 8.10.2009
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »

Alpy Julijskie

159_z_triglavskiej_skrbiny_[1].jpg

Ulubione

 
 

Tag Cloud

alp bohinj dom planika glava kamera kredarica mapy mojstrana nocleg pogoda rudno polje schr trigla triglav triglavski
designed by www.madeyourweb.com | joomla templates