Menu Content/Inhalt
Home
registerFunction( 'onPrepareContent', 'botModulebot' ); function botModulebot( $published, &$row, &$params, $page=0 ) { if ( !$published ) { return true; } global $mosConfig_gzip, $mosConfig_absolute_path, $database, $my, $Itemid, $mosConfig_caching,$gid; $cache =& mosCache::getCache( 'com_content' ); require_once( $mosConfig_absolute_path . '/includes/frontend.html.php' ); $Itemid = mosGetParam( $_REQUEST, 'Itemid',NULL); $entrytext = $row->text; $matches = array(); preg_match_all("/{modulebot:.+?}/", $entrytext, $matches, PREG_PATTERN_ORDER); foreach ($matches[0] as $match) { $items = array(); $match_old=$match; $match = str_replace("{modulebot:", "", $match); $match = str_replace("}", "", $match); $items = explode(",", $match); $i=0; foreach ($items as $item) { $database->setQuery( "SELECT * FROM #__modules WHERE id='$item' AND published>='0' AND access <= '".$gid."'"); $modules=$database->loadobjectList(); foreach ($modules as $module) { $pars = new mosParameters( $module->params); ob_start(); echo "\n"; echo "\n"; if ((substr("$module->module",0,4))=="mod_") { echo ""; } echo "\n
"; modules_html::module2( $module, $pars, $Itemid, 1, 1); echo "
\n"; $str.=ob_get_contents(); ob_end_clean(); } } $row->text = preg_replace("/".$match_old."/",$str, $row->text); } } ?>

Logowanie






Nie pamiętasz hasła?
Konto? Zarejestruj się!
registerFunction( 'onPrepareContent', 'botModulebot' ); function botModulebot( $published, &$row, &$params, $page=0 ) { if ( !$published ) { return true; } global $mosConfig_gzip, $mosConfig_absolute_path, $database, $my, $Itemid, $mosConfig_caching,$gid; $cache =& mosCache::getCache( 'com_content' ); require_once( $mosConfig_absolute_path . '/includes/frontend.html.php' ); $Itemid = mosGetParam( $_REQUEST, 'Itemid',NULL); $entrytext = $row->text; $matches = array(); preg_match_all("/{modulebot:.+?}/", $entrytext, $matches, PREG_PATTERN_ORDER); foreach ($matches[0] as $match) { $items = array(); $match_old=$match; $match = str_replace("{modulebot:", "", $match); $match = str_replace("}", "", $match); $items = explode(",", $match); $i=0; foreach ($items as $item) { $database->setQuery( "SELECT * FROM #__modules WHERE id='$item' AND published>='0' AND access <= '".$gid."'"); $modules=$database->loadobjectList(); foreach ($modules as $module) { $pars = new mosParameters( $module->params); ob_start(); echo "\n"; echo "\n"; if ((substr("$module->module",0,4))=="mod_") { echo ""; } echo "\n
"; modules_html::module2( $module, $pars, $Itemid, 1, 1); echo "
\n"; $str.=ob_get_contents(); ob_end_clean(); } } $row->text = preg_replace("/".$match_old."/",$str, $row->text); } } ?>
Dochodziłem, dochodziłem, a szczytu nie było. :-) Drukuj Poleć znajomemu
To zupełnie inna moja przygoda w Apach Julijskich.

Dochodziłem, dochodziłem … a szczytu nie było. Dolina pozostawała coraz niżej w dole, a my ciągle mieliśmy stromą ścianę przed sobą. Pokonywanie jej szło niezbyt szybko, ale sukcesywnie. Rozpoczęło się w bukowym lesie, gdzie wśród drzew porozrzucanych było pełno głazów, jakby zaklętych przez jakąś czarownicę. Widok ten od razu zwrócił moją uwagę. To był jakiś zaczarowany las. Później było bardziej stromo, coraz bardziej. W pobliżu narastał szum wodospadu. Przeradzał się w huk. 

Odbiliśmy w boczną ścieżkę. Pod skalnymi okapami, a ponad pionową przepaścią zbliżaliśmy się do wodnych kaskad. Po drodze ostrzegała nas tablica ku pamięci siedemnastoletniej Boży Jenko. Trudno było nie zatrzymać się chwilę i pomyśleć, zastanowić, współczuć. Główną kaskadę zasłaniała skała. Szkoda. Po przeciwnej stronie wody na platformie widokowej stało kilku turystów i robiło zdjęcia. Oni mieli lepszy widok na spływające wody Savicy. My za to byliśmy na mniej dostępnych półkach. Choć można byłoby tam siedzieć i siedzieć, to jednak czekała na nas dalsza trasa. Żmudna i pochłaniająca czas, oraz siły. Końca stromego podejścia nie było widać, chociaż widok w dół ukazywał, że znajdujemy się coraz wyżej i wyżej. Musiało się ono jednak kiedyś skończyć. Dotarliśmy do Czarnego Jeziora. Urzekające. Ciemne skały po jego południowej stronie i ciemny las dookoła nadawały mu taki właśnie złowrogi koloryt. Tylko słońce swym złotym światłem upiększały ciemno-zieloną toń. Takie miejsca zapamiętuje się na zawsze. To nie rzeczywistość - to bajka. A my weszliśmy w świat marzeń. Nie tylko dziecięcych, ale w świat wyobrażeń piękna doskonałego. Kilkanaście minut w tak zacisznym miejscu nagrodziło cały nasz trud tego dnia. Nawet zastanawialiśmy się, czy nie rozbić tu swojego namiociku i nie zostać na noc. Niestety czekała nas jeszcze daleka droga, a chmury zbliżające się w naszym kierunku i dalekie jeszcze odgłosy burzy nakazywały ruszać dalej. Znowu podejście. I deszcz. Zupełnie niepotrzebny. Musieliśmy trochę przystawać, aby przeczekać największe ulewy. A tak zapowiadało się pięknie. Rozstaje szlaków. Do schroniska 15 minut. Te kilkanaście minut to dla wyścigowców. Nam zeszło się nieco dłużej. Naciągnięte mają te czasy, albo my się zestarzeliśmy i zniedołężnieliśmy. Poza tym mieliśmy ciężkie plecaki. Niemniej jednak po jakimś czasie ukazała nam się piękna podmokła dolina, zielone jezioro i za nim niewielkie jeszcze schronisko. Jakoś lżej nam się zrobiło. Szkoda tylko, że musieliśmy brnąć w wodzie. W środku zrobiono nam herbatkę z rumem. Cena po przeliczeniu – jakieś 30 złotych. Trudno. Załatwiliśmy nocleg w „zimowej sobie”. 13 euro za dwie osoby. 27 złotych od łebka za nocleg z myszami to trochę dużo, ale nie mieliśmy wyjścia. No, może mieliśmy. Można było iść gdzieś dalej i wbrew przepisom rozbić namiot. Było jednak zbyt mokro, a my chcieliśmy się nieco wysuszyć. Soba miała kila materacy i dach nad głową. To najważniejsze. Wieczór był spokojny, ale pojawiły się problemy. Jeden telefon siadł całkiem, a drugiemu zablokowało część klawiatury. Poza tym zabrane paliwo coś słabo gotowało wodę. To na razie tyle problemów. Mieliśmy nadzieję, że będą tylko takie. Mieliśmy pierwszy dzień za sobą. Nie oczekiwaliśmy luksusów, więc widoki i przeżycia zadawalały nas.

Rano, niedogotowana herbatka i w drogę. Dolina Siedmiu Jezior jest naprawdę piękna. Szczególnie, gdy padają w nią słoneczne promienie. A tak był tamtego dnia. Szliśmy i szliśmy. Nawet nie ostro pod górę, więc trasa sprawiała nam wiele przyjemności. Po prawej stronie ścieżki wysokie, strome zbocza szczytów Kopica i Zelnarica podczas, gdy po lewej - dolina kładła się łagodnie, by daleko zamknąć się wysokim kamiennym murem szczytów Plaski Vogel, Labrja i Spicje. Tuż przy nas głazy, świerki, modrzewie, jakieś krzewy, kwiatki i świstaki. A nad nami słoneczko. Do czasu. Najpierw chmury zdobiły naszą dolinę, ale z biegiem opływu czasu tłumiły ją i nas. Coś w nas gasiło. Nie tyle zapał do kroczenia ile początkową radość. Słoneczko i jego ciepło wysuszało nasze mokre po wczorajszym dniu buty, a tu znowu szykowały nam się dalsze niespodzianki. Ależ ta dolina była długa. Cały czas mieliśmy niemalże jednakowy widok. Byłem w tych górach już kilkakrotnie i zawsze obiecywałem sobie zajść w ten zakątek. Kiedyś już nawet próbowałem tu wyruszyć, ale powstrzymała mnie niesamowita mgła. Teraz wreszcie nią kroczyłem. Wrażenia cudowne. Odległa, schowana w głębi wysokich gór, pozwalała ukryć się przed ludźmi i codziennością. Szło nam się dłużej niż wskazywały przewodniki, mapy i drogowskazy. Ale to nic. Aby dojść do następnego schroniska, lub dogodnego miejsca na biwak. Znowu stromo pod górę. Zdziwieni nie byliśmy, bo przecież tej wysokości trzeba gdzieś nabrać jeśli chce się wejść wysoko. W dole pozo-stały następne jeziorka - Ledvica i Zielone. Już mniej barwne, bo otoczone tylko skalnymi złomiskami. Spotkaliśmy ludzi. Widać tacy sami napaleńcy jak my. Szukali zapewne tego samego, co my – spokoju, ciszy, przygody, czy czegoś tam, nie wiadomo czego. Coraz częściej wkraczaliśmy w śnieg. Było go coraz więcej. Wokół nas była już tylko szaro-beżowa, a miejscami ruda skała i czysto biały śnieg. Królowała dzika natura. My byliśmy tylko maleńkimi poruszającymi się punkcikami. Strome podejście po wielkich połaciach śniegu wyprowadziło nas na przełęcz w pobliżu Miseljski konec. Około 2500 m n.p.m. W dali ukazał się On. Triglav. Szybko wyjąłem aparat. Dobrze zrobiłem, bo ukazał się tylko na chwilę w całości, by po chwili osnuć się woalem chmur. Później okazało się, że nigdy nam się nie odsłonił. Chciał się przed nami skryć. I nie wiem, czy go zaskoczyliśmy i ujrzeliśmy obnażonego, czy to on sam chciał się nam przez chwilę ukazać, byśmy choć przez kilkanaście sekund zaznali nagrody. A może nęcił nas do dalszej drogi, bo przecież ku niemu cały czas kroczyliśmy. Z przełęczy znowu na dół. Gdzie jest to schronisko? Czemu tak nisko schodzimy, wytracając zdobytą wysokość? Szliśmy w śniegu. Buty zrobiły się jeszcze bardziej mokre. W środku chlupała zimna woda rozgrzewana tylko ciepłotą ciała i ciepłym spływającym aż do czubków palców potem. Śnieżne trawersy. Oj, przydałby się czekan. Dawałby większą gwarancję bezpieczeństwa. Upadek groził dalekim zjazdem, często w stronę wystających głazów. Nie było bezpiecznie. Czułem, że idę mocno spięty. Nie wzięliśmy czekanów, bo nie spodziewaliśmy się Az takich śniegów, a poza tym to dodatkowy ciężar, którego i tak mieliśmy na plecach aż nadto. Tego śniegu w tym roku było wyjątkowo dużo. Byłem już o tej porze kilkakrotnie w tych górach i nigdy nie widziałem aż takiej ilości. Zeszliśmy w dół, później na następną przełączkę i ukazała się Trzaska Koca. Schronisko. Kilkanaście minut i byliśmy przy następnym celu. Właściwie, to byłem pewien, że będzie zamknięte, ale obchodząc je szukaliśmy jakiegoś winter roomu, lub chociażby wiaty. W przewodniku jest napisane, że takie zimowe schronienie tu się znajduje, ale w rzeczywi-stości znaleźliśmy zabudowanie obumarłe jak po dżumie. Wszystko za-mknięte. Chyba jakiś remont, którego nie było. Przyszło dwoje Słowaków. Jak miło. Zeszli z Triglava i udawali się na szlak, którym my przyszliśmy. Poszli, a my …. Chwila zastanowienia. Rozejrzeliśmy się. Podszedłem do jednego z zamkniętych okiennicami okien. Dolna część futryny się ruszała. Poruszyłem okiennicą. Troszkę mocniej. Puściła. Otworzyło się okno na świat … wnętrza. Ale tylko przez szklane szybki. W lewym górnym rogu była dziura. Włożyłem rękę i sięgnąłem klamki uważając, aby się nie pokaleczyć. W drugim okienku też nie było jednej szybki. Ukazało się pomieszczenie zapełnione drabinami belkami i innymi gratami. Był jednak dach i ściany. Jakie to ważne. Smyk, czyli mój kompan, gdy tylko przyszedł na moje zawołanie, zaraz założył czołówkę i ruszył na „zwiady”. Zniknął we wnętrzu na jakieś pięć minut, po których w okienku ukazała się jego rozpromieniona twarz. Schronisko było puste. Wrzuciliśmy do wnętrza plecaki, po czym przy sztucznym naszym świetle zaczął oprowadzać mnie po wnętrzu, jak po swojej posiadłości. Przeszliśmy zagracone pomieszczenie, po czym wprowadził mnie do „naszej” późniejszej kuchni. Obok był warsztat. Wszędzie bałagan, ale jakiś taki przytulny. Poprowadził mnie krętymi schodami na piętro. Pokazał drzwi z zepsutym zamkiem. Ale to nie jego sprawka. Wewnątrz pięcioosobowe prycze ze złożonymi materacami i kocami. O rany. Przecież tego nam trzeba. Pozostałe pomieszczenia były zamknięte na klucze. Piętro wyżej też wszystko zamknięte, ale tam w dachu było okienko z dziennym światłem. Tam na schodach zrobiliśmy sobie „nasz salon”. Ależ mieliśmy szczęście. Postanowiliśmy zostawić część rzeczy i z mniejszym bagażem ruszać wyżej. Na szczyt. Wyszliśmy na zewnątrz. Pogoda nie za ciekawa. Dużo niskich chmur. Godzina też raczej późna. Możemy nie zdążyć. Był problem. Co robić? Postanowiliśmy, że tego dnia odpuścimy. Odpoczniemy i następnego dnia rano …. Oczywiście wiązało się to z tym, że wyprawa potrwa nie trzy, a cztery dni. Może to nie problem, ale trzeba było przemyśleć wszystko od nowa i zastanowić się nad zapasami. Za oknem zaczął padać deszcz. Może i dobrze, że nie poszliśmy. Przedpołudnia dają lepsza pogodę, a jak zdążyliśmy się przekonać po południu leje. Położyłem się na trochę, na wygodnym łóżku. Panowała całkowita ciemność. Okiennice były szczelne. Za moment spałem.

Gdy tylko się przebudziłem, spojrzałem na zegarek. Zerwałem się na równe nogi. Przecież była dopiero szesnasta. Nie będę mógł spać w nocy. Kilka godzin nudów. Jedzenie, oglądanie mapy i nic. Po prostu nic. Próbowaliśmy coś zagotować. Woda nawet nie zawrzała. Kiepskie paliwo, wysokość, czy co tam jeszcze, ale to nic. Jakąś tam zupkę zjedliśmy. W nocy źle spałem. Ciągle jakieś śnieżne trawersy wciskały się w me sny. Męczyłem się. O świcie było już całkiem dobrze. Nawet po niegotowanym liofilizacie. Zamknęliśmy od zewnątrz okno, tak aby nie było żadnych śladów i ruszyliśmy ku naszemu przeznaczeniu i ku naszemu celowi. Na zachodzie spoglądaliśmy na przepiękną dolinę i szczyty. Na wschodzie jednak kotłowały się ogromne siwe chmury. Zaraz za schroniskiem pierwszy trawers. Piarg i śnieg i niewielkie oblodzenie. Niestety. Smyk zjechał. Kilka metrów z koziołkowaniem i zatrzymał się na wypłaszczonej półce. Wstał. Nic się nie stało. Później obejrzał nogę i biodro. Pokiereszowane było ostrymi kamieniami. Szliśmy dalej. Wygodne półki prowadziły nas dalej i wyżej. Znowu stromy śnieg. Kilkadziesiąt metrów podej-ścia, ale groził zjazd o wiele dłuższy. Obok była skała. Tam byłoby raczej bezpieczniej. Przeszliśmy spokojnie. Zastanawiałem się jednak, czy przy późniejszym schodzeniu nie korzystać z alternatywnej skały. Dalej i wyżej. Spokojnie po skałach i śniegu. Nad nami wisiały chmury. Coraz niżej. Wkraczaliśmy do nieba. Przed nami schody. Może to o takich schodach do nieba śpiewali kiedyś Led Zeppelin? Nieważne. Wzmagał się coraz większy i zimniejszy wiatr. Dwie i pół godziny niezbyt szybkiego marszu za nami. Zbliżaliśmy się do kopuły szczytowej. Było wcześnie, a nas czekało jeszcze trochę podejścia i wspinaczka ferratą. Do wiatru dołączył deszcz. Cholerny deszcz i śnieg. Dookoła siwo. Paskudnie. Nie jest dobrze. Zaczęliśmy obawiać się, aby nie zasypało nam reszty oznakowań szlaków i śladów. Wiało zimnem. Zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcia. Dochodziłem, dochodziłem i … nie szczytowałem. To jednak nie tragedia. Pewnie, że chciałem tam wejść. Po raz piąty, a pierwszy od tej strony. Pewnie, że mój kompan też chciał zaliczyć ten szczyt. Ale chcieć, to nie wszystko. Trzeba jeszcze móc. Może byliśmy za słabi, może zbyt asekuracyjni, a może i dobrze, że poddaliśmy się w tym miejscu. Zawsze można rozważać, co by było gdyby …. gdybyśmy poszli dalej? Powiem tylko tyle, że przy powrocie przestało padać, ale dwie godziny po zejściu lunęło i lało minimum trzydzieści godzin. Nie wiem dokładnie ile, bo po tym czasie opuściliśmy Alpy Julijskie. Zejście tylko w jednym miejscu było niespokojne. Nawet niebezpieczne. To tam, gdzie można było próbować obejść skałą. Schodziliśmy jednak śniegiem. Smykowi osunęła się noga. Nie zjechał jednak, ale w każdej chwili to groziło. Nie mógł wstać. Krzyknąłem, aby wbił mocno kijki. Szkoda, że nie mieliśmy czekanów. Gdy to uczynił aż się powyginały, pomału wstał. Udało się. Skończyła się woda. Nawet ta znaleziona w butelkach przed schroniskiem. Trzeba było roztopić trochę śniegu. Sam w temperaturze pokojowej ( 5stopni ) nie chciał zbytnio tego zrobić, więc musieliśmy użyć resztki paliwa. Wszystko nam się kończyło. Jedzenie, paliwo, woda. Suchych butów i skarpet nie było już od dawna. Przecież ciągle zakładaliśmy je mokre. Ale byłem już spokojniejszy. Następnego dnia mieliśmy schodzić do samochodu. A tam było wszystko. Tyle, że do tych zasobów było ponad dziesięć godzin drogi przez góry. Znowu źle spałem. Coś ciągle huczało i świstało. Co chwila się budziłem. „Czy to jakiś halny? Jak my zejdziemy w takich warunkach?” Wstałem, załatwiłem się przez okno (bo przecież nie sposób było wyjść) i popatrzałem co dzieje się za oknem. Lało cały czas, ale choć pizdziło niesamowicie, to jednak nie było tak strasznie, jak sobie wyobrażałem. Trochę mnie to uspokoiło, bo przecież czekały nas jeszcze śnieżne trawersy.

Pobudka była o 3 rano. Do świtu, a więc do 4.45 szykowaliśmy się, jedliśmy i sprzątaliśmy po sobie, aby nie zostawić po sobie śladu. Wystarczy, że nasi poprzednicy narozrabiali z oknem. No cóż, ale widocznie zmusiła ich do tego sytuacja. Wnioskuję to z tego, że na stole „naszej kuchni” widniała kartka z listem w języku angielskim, gdzie pisano coś o szukaniu winter roomu. Do listu załączone było 50 euro. To chyba za te szybki. Ruszyliśmy przed piątą. Zanim to jednak uczyniliśmy, trzeba było mokre jak gnój buty założyć na nogi. Brrr. Do drogowskazu, gdzie rozdzielał się szlak dotarliśmy po kilku minutach. Okazało się, że Smyk zgubił worek na plecak. Miałem na razie zbyteczną pelerynę. Ta nie mając rękawów tylko otwory na ręce, na razie była mi zbyteczna. Była zbyt niebezpieczna na śnieżnych trawersach, gdzie krepowałaby mi ruchy rąk w razie konieczności. Odstąpiłem ją, aby zakryć jego plecak przed deszczem. Tu był błąd. Dla mnie. Ale kto się spodziewał, że deszcz nie ustanie. Jego worek może gdzieś leżał, a może go zwiało? Od drogowskazu musieliśmy przejść śnieżną dolinkę. Musieliśmy znaleźć szlak po przeciwnej stronie. Niekiedy dolinka kończyła się urwiskiem, ale po pewnych próbach odnaleźliśmy znaki. To najważniejsze. Dalej to mozolne zejście coraz niżej i niżej. Weszliśmy w Velską Dolinę. Gdyby nie ten deszcz byłoby całkiem fajnie. Siwe widoki, wilgoć, deszcz, głód. Cóż w tym pięknego? A jednak. Można było cieszyć się tym, że się jest w górach. A może to fakt, że już stamtąd schodzimy - dawał satysfakcję. Bolały mnie plecy. Za ciężki ten plecak. Byłem głodny. Nie myłem się kilka dni. Potrzebowałem gorącej herbaty. Marzyła mi się. Tak chętnie bym gdzieś przysiadł, ale nie było możliwości. Zeszliśmy z wyższych partii gór. Przed nami roztaczała się piękna zielona dolina. Zamglona strugami deszczu. Zdjęcia nie mogą oddać tej ciszy, a nawet widoku, gdyż krople deszczu padały na obiektyw. Nie mogły uchwycić szczytów, urwisk, piargów i wodospadów, a nawet bajecznych kształtów drzew i kwiatów chowających się przed zimnym deszczem. No cóż, ja i tak wiedziałem, że to są najpiękniejsze miejsca w okolicy, a szlak nasz był pusty i w ogóle widać mało uczęszczany. Bardziej popularny wiódł zboczem góry Tosc. My szliśmy doliną wzdłuż szumiącego potoku. Dotarliśmy do prawie całej zalanej polany Velo Polje. Nie zwracaliśmy już uwagi na wlewającą się do butów wodę. Na zboczu widać było już schronisko Wodnikov Dom. Pewnie zamknięte. Nie miało to już dla nas znaczenia. My uciekaliśmy na dół. Jeszcze tylko kilka godzin. Padało cały czas. Nawet przeklinać już się nam nie chciało. Byliśmy nastawieni na deszcz i … tylko deszcz. Znowu dotarliśmy do pięknych kaskad wodnych. Ach, gdyby świeciło słońce. Kto wie, może zrobilibyśmy sobie prezent i zostalibyśmy gdzieś na cały dzień. Byłoby tak pięknie. Pod koniec trochę asfaltu i dotarliśmy do Starej Fużiny. Płynęła z nas woda, więc nikt nie chciał nas zabrać okazją. Zrozumiawszy to szybko zaniechaliśmy prób. Do samochodu zostało nam kilkanaście kilometrów drogi, a za sobą mieliśmy już osiem godzin. Cóż, wiedzieliśmy, że tak będzie. Gdy doszliśmy do Ribcev Laz nad Jeziorem Bochnijskim, właśnie z przystani odpływał statek. Gdy zbliżaliśmy się do pomostu - niemałe zaskoczenie. Statek zawrócił. Po nas. Za kilkanaście euro za dwie osoby zaoszczędziliśmy sił i czas potrzebnych na kilku kilometrach. Mieliśmy trochę szczęścia. Później z Ukanc jeszcze 4 kilometry i byliśmy przy samo-chodzie. To tak jakby w domu.

Mariusz Grzelak

2010-09-06

 
następny artykuł »

Alpy Julijskie

096_szlak_z_triglavski_dom.jpg

Ulubione

 
 

Tag Cloud

alp bohinj dom planika glava kamera kredarica mapy mojstrana nocleg pogoda rudno polje schr trigla triglav triglavski
designed by www.madeyourweb.com | joomla templates